ktos mi napisal wczesniej ze zdobycie Ojos to tylko formalnosc.nie prawda. wejscie bylo zupelnie nie formalne. w dodatku mam wrazenie ze bylem zupelnie nie proszonym gosciem. od samego poczatku do konca PRZYGODA nie odstepowala mnie na krok. tak nazwalem te sile, zeby miala bardziej pozytywny charakter. najpierw 7h bezowocnego czekania na stopa. biore takse, na szczescie taniej. taniej, ale psuje sie 20km przed startem szlaku. po napraiwe udaje sie dojechac. godzina 20, ja stoje na drodze do nikad a moja trasa zaczyna sie 10km marszem przez piasek, droga ktora normalnie wyprawy przemeirzaja samochodami terenowymi. wiatr. od poczatku do konca w twarz. nawet w drodze powrotnej. wiatr tej nocy ledwo daje mi rozbic namiot. wiatr przewraca kuchenke z wrzatkiem, wiatr wciska kurz w oczy, wiatr pod szczytem przewiewa do szpiku. w koncu sie do niego przyzwyczailem. nastpeny dzien to dlugi marsz przepiekna dolina. bojne trawy wzdluz rzeki a dookola srogie i kolorowe skaly. sa wodospady, uciakajace stada Vicunas (rodzina lamy), palace slonce i piasek, zwir i kamienie. przechodze tego dnia jakies 25km. zmeczone stopy myje w cieplej choc na wysokosci 4500m Aquas Calientes. niesamowite kontrasty. wietrzejace skaly, zolta trawa, czarne kamienie wulkaniczne. nie mozna tego pochlonac. nastepny dzien dochodze do basecampu El Arnal na wysokosci 5500m. po dordze mijam przelecz - Porozuelo Negro, skad po raz pierwszy widac moj cel. nastawialem sie ze jest daleko i wysoko, ale to co zobaczylem to bylo naprwde DALEKO i WYSOKO. jest bardzo ciezko. ide bardzo wolno. mam przeciez pelny plecak, 5l wody, wszystko ze soba. na tej wysokosci na Acocnagua chodzi sie wahadlowo, ja caly dzien z pelnym plecakiem. ekspedycje do ARENAL dochodza normalnie min. w 3 dni z mulami. j dochodze w dwa. tej nocy przechodze wewnetrzna walke. czy atakowac od razu szczyt w nocy, 1500m przewyzesznia, 6km drogi, czy tez rozpoznac droge i przeniesc oboz wyzej?w nocy nie moge spac. o 3:30 wstaje, postanawiam postawic wszystko na jedna karte i atakuje. od razu myle droge, pakuje sie w piargo-skalki,mysle o wycofie ale brne dalej. potem kolejna pomykla wchodze w srodku nocy w pola penitentow. czuje sie niepwenie. rozjasnia sie i dochodze do miejsca campu 2. mimo wszystko czas mam dobry. zakladam raki, jak sie okazuje nie potrzebnie do samego wierzcholka. 5h20min zajmuje mi podejscie. krok za krokiem. mam wrazenie ze ja to nie ja. ze idzie ktos inny. nie mysle ¨dam rade¨, ale damy rade. dojdziemy. zrob jeszcze kilka krokow. potem lapie sie na mysleniu ze zabraknie mi herbaty dla dwoch osob. to ze zmeczenia. w koncu po 12 dochodze nas szczyt. lzy normalnie ciekna mi jak dziecku. co za wysilek, co za szczescie. do samego konca nie bylem pewny czy dam rade. to nie koniec. szczyt argentyski jest pol metra nizszy od chilijskiego. nie bylbym soba gdybym nie wszedl na najwyzszy szczyt. i teraz problem. trzeba zejsc na przelecz miedzy szczytami i wejsc na drugi wierzcholek. gran wspinaczkowa ze 3+ ale na wysokosci prawie 7tys metrow to duzy problem. sa poreczowki(liny), ale bardzo stare i wogle z nich nie korzystam, skala niezwykle krucha. skupiam sie i uwazam na kazdy ruch. drugi szczyt zdobyty, wpisuje sie do ksiazki szczytowej. wracam. na 5m sciance z pod nog odpada kamien wielkosci telewizora wprost na szlak od strony chilijskiej. powialo groza. dobrze ze nie bylo innych ludzi. zejscie ze szczytu wspominam jako potykanie sie o wlasne nogi i czeste odpoczynki. Kiedy docieram do namiotu cale zmeczenie splywa. daje rade tylko zjesc zupke chinska i reszte czasu leze.
nastpeny dzien wstaje o 7. wiem ze przedemna bardzo dluga droga powrotna. upojony zdobyciem szczytu ide szybko. mysle o lomito, cocacoli i ide jeszcze szybciej. tego dnia idac 15 godzin przechodze 57km az do drogi. caluja ja w srodku nocy i jeszcze kilka km i dochodze do schronu przy drodze. blaszana buda w srodku mozna rozpalic kominek. nogi bola mnie cala noc,ale o dziwo stopy w dobrym stanie. rano mysle ze zlape stopa. spotykam mularzy. powiedzieli ze jeszcze nie spotkali tu osoby ktora przyszla do drogi z Arnalu w jeden dzien. wzywam pomoc SPOTEM jedyna nadzieja na trasport. przez 6h przejechal jeden samochod wiec nie ma szans na autostop. po tysiacu roznych gier zwiazanych z rzucaniem kamieniami i rysowaniem na piasku i kilku godzinach patrzenia w pustke , podjezdza taksowka. wqszystko dzieki wspolpracy moich rodzicow, Polly i pana Jonsona. wracam do Fiamabli i pierwsze co zjadam ogormnego steka...
120km po piasku, zwirze, kamieniach, 8000 metrach przewyzszenia, udalo mi sie zdobyc najwyzszy wulkan na ziemi i drugi co do wysokosci szczyt Ameryki Poludiowej Ojos Del Saldo. Jako pierwszy polak i jedna z nielicznych osob wogle, samotnie bez wsparcia. 4 doby 2h 1o min, chyba rekordowy czas. Musicie przyznac ze odwalilem kawal naprwde dobrej, niewiarygodnej, nikomu nie potrzebnej roboty...:)
Szczyt chcialbym zadedykowac mojej najukochanszej Polly, ktora choc daleko, dodawala mi energi z kadym metrem podejcia.
poniedziałek, 9 lutego 2009
wtorek, 3 lutego 2009
Ojos del Salado
to link do mapy okolic Ojos. Punktem ¨A¨ zaznaczony jest mniej wiecej szczyt. Po Polnocnej i wschodniej stronie widac droge nr 60, ktora na poludniowy-wschod zmierza do Fiambali. na zachod, biala linia to granica argentynsko- chilisjka.nie mam jak zaznaczyc trasy dlatego opisze mniej wiecej. bede szedl lub wracal nastepujacymi trasami.
1. idaca z polnocno-wschodniej czesci drogi, na zachod od pierwszgo bialego szcytu-wulkanu, przekraczajac na chwile granice na strone chilijska by potem wrocic na argentynska i wzdluz granicy na pod szczyt gdzie jest ¨basecamp¨
2. od poludniowo-wschodniej drogi, najpierw malym plaskowyzem, potem dolina wyraznej rzeki by odbic na polnoc i potem polnocny-zachod do basecampu
opcja nr 1 jest krotsza ponad 10km, ale przez dluzszy czas nie ma wody:/
nr2. jest powiedzmy droga normalna, z woda, nawet ciepñymi zrodlami i wodospadami, ale jest duzo dluzsza. decyzje podejme po rozmowie z Jonsonem. po sygnalach ze spota zorientujecie sie ktora wybralem:) postaram sie nadawac sygnal troche czesciej:)
Przygoda, Przygoda...
WOW. calkowita zmiana klimatu. z Menodzy pojechalem nocnym autobusem do Catamarci niby tylko 500km, a jak wysiadlem myslalem ze jestem w innym kraju! to juz nie czysta, zorganizowana mendoza niczym europejskie miasto. Catamarca niby jak kazde argentynskie miasto, regularny uklad ulic,a panuje jakis chaos! sklepy i bary z wiszacym miesem, tlumu ludzi, dzieci, pelno ulicznych sklepikarzy i przeboj: Pan sprzedaje male, zielone papugi ktore klebia sie w klatce. kupujacy dostaje papuge (zywa) w gazetowej torbie z dziurami! masakra. w catamarce bylem 3h potem pojechalem kolejne 300km do Fiambali (czytaj koniec swiata). senna miejscowosc w ktorej 2 tyg temu zawital rajd Dakar! jest tu maly placyk, kilka sklepow, ze 3 hospedaje (takie niby rodzinne hostele) i tyle. atrakcja oprocz okolic gorskich sa Termy 15km od miasta, z ktorych zapewne skorzystam po powrocie. Znalazlem nocleg, zjadlem steka w restauracji ktorej wlascicielem jest francuzka, czlonkini hospitality club. powiedziala, ze moge u niej sie przenies potem na nocleg. wogole opowiedziala mi swoje zawile zycie i jak sie znalazla we Fiambali. dzis zarjestrowalem sie w policji (obowiazkowo) i musze spotkac sie z Panem Jonsonem Reynoso, tutejsza legenda gor i doskonalym znawca regionu. licze na cenne wskazowki.
Teraz akcja pelna dramatyzmu:) Na Ojos del Salado od strony argentynskiej wybiera sie naprwde malo ludzi. byla tu do tej pory jedna(!) polska ekipa (ich flaga wisi w ¨informacji turystycznej¨). nie ma wyznaczonego szlaku, istnieje jedna (!) mapa regionu, ale trzeba ja kupic przesz internet w dodatku czesc argentyska jest zupenie nie dokladna:) druga mape, recznie rysowana znalazlem w tutejszum muzeum. nie omieszkalem zrobic jej zdjecia:) szlak opieram na googlemaps i wspolrzednych geograficznych ktore sa na stronie www.summitpost.org. zeby bylo ciekawiej na poczatek ¨szlaku¨ mozna dostac sie tylko wynajetym samochodem (ok 150km) lub autostopem (10 samachodow na dobe) i jak sie domyslacie korzystam z opcji nr 2:) potem pod gore dojscie bagatela 50km (czesc odcinka bez wody), wejscie na szczyt (powyzej 6800, dokaldne pomiary nie istnieja) no a potem juz z gorki:) jednym slowem PRZYGODA:) w kazdym razie jestem dobrej mysli. nie martwcie sie:) mam GPS, SPOTa i aklimatyzacje a to najwaznjieszje.
zaraz postaram sie zrobic prowizoryczna mape zebyscie wiedzieli jak i dokad zmierzam.
zaczynamy trzymac kciuki i tak przez najblizsze 6-7 dni. pozdrawiam wszystkich!
Teraz akcja pelna dramatyzmu:) Na Ojos del Salado od strony argentynskiej wybiera sie naprwde malo ludzi. byla tu do tej pory jedna(!) polska ekipa (ich flaga wisi w ¨informacji turystycznej¨). nie ma wyznaczonego szlaku, istnieje jedna (!) mapa regionu, ale trzeba ja kupic przesz internet w dodatku czesc argentyska jest zupenie nie dokladna:) druga mape, recznie rysowana znalazlem w tutejszum muzeum. nie omieszkalem zrobic jej zdjecia:) szlak opieram na googlemaps i wspolrzednych geograficznych ktore sa na stronie www.summitpost.org. zeby bylo ciekawiej na poczatek ¨szlaku¨ mozna dostac sie tylko wynajetym samochodem (ok 150km) lub autostopem (10 samachodow na dobe) i jak sie domyslacie korzystam z opcji nr 2:) potem pod gore dojscie bagatela 50km (czesc odcinka bez wody), wejscie na szczyt (powyzej 6800, dokaldne pomiary nie istnieja) no a potem juz z gorki:) jednym slowem PRZYGODA:) w kazdym razie jestem dobrej mysli. nie martwcie sie:) mam GPS, SPOTa i aklimatyzacje a to najwaznjieszje.
zaraz postaram sie zrobic prowizoryczna mape zebyscie wiedzieli jak i dokad zmierzam.
zaczynamy trzymac kciuki i tak przez najblizsze 6-7 dni. pozdrawiam wszystkich!
poniedziałek, 2 lutego 2009
na szybko
mailem napisac kilka argentynskich ciekawostek,ale nie zdarze bo za 30 min mam autobus do Catamarci a stamatad do Fiambali, bazy wypadowej na Ojos del Salado. Tylko wspomne ze bylem dzis pierwszy raz na raftingu. rzeka klasa III+. jazda niesamowita!!!! super mi sie podobalo. moze troche malo adrenaliny, ale zabawa przednia. W Mendozie wypoczywalem, jadlem steki, bylem w ZOO i kinie. jak w Poznaniu, tylko ze cieplej i zycie nocne jest tu troche bardziej zaawansowane. Bo czy mozna sobie u nas wyobrazic czekanie 30min w kolejce po lody o godzinie 2 w nocy? (sic!)
wkrotce szczegolowe informacje co do nastepnego ataku. bedzie bardziej przygodowo, odludnie i dziko. wprost nie moge sie doczekac:)
pozdrawiam i do nastepnego!
wkrotce szczegolowe informacje co do nastepnego ataku. bedzie bardziej przygodowo, odludnie i dziko. wprost nie moge sie doczekac:)
pozdrawiam i do nastepnego!
piątek, 30 stycznia 2009
Relacja
ech. nie dociera do mnie ze wlazlem na ten szczyt. tylko bol stop cos mi mowi ze jeszcze wczoraj bylem powyzej 4tys m. na dole link do fotorelacji. tylko kilka slow dodatkowo:) Atakowalem solo, a spotkalem na swojej drodze Leszka, dzieki czemu stworzylismy grupe solistow:) niby dzialalismy osobo,ale jednak atakowalismy wspolnie. dzieki temu mentalnie bylo duzo latwiej. nie powinienem sie chwalic, ale czuje ze byla to wyprawa zaplanowana w 90% perfekcyjnie:) zadnych nie przewidzianych zwrotow akcji, zawsze mialem plan B, jedzenia na zapas, kazda czesc sprzetu wykorzystana nic naprogramowego. no moze jedna para bielizny. zamiast 3 uzywalem 2:) nawet nie wyobrazacie sobie ze mozna miec marzenie o prysznicu. umycie sie po 14 dniach jest czyms nie doopisania. a zjedzenie Lomito po dwoch tygodnoach liofilizatow to poprostu niebo na ziemi. taki proste rzeczy jak bierzaca woda czy lozko ciesza 100 ray bardziej.
odpoczywam tu ze 2 -3 dni i ruszam na Ojos Del Salado. Nie znam jeszcze szczegolow musze to zaplanowac. Pozdrawiam wszystkich i naprwde jeszcze raz dziekuje za wsparcie i cieple mysl. to do mnie docieralo i dodawlo energi:)
odpoczywam tu ze 2 -3 dni i ruszam na Ojos Del Salado. Nie znam jeszcze szczegolow musze to zaplanowac. Pozdrawiam wszystkich i naprwde jeszcze raz dziekuje za wsparcie i cieple mysl. to do mnie docieralo i dodawlo energi:)
Na piku Aconcagua!!!
Udalo Sie!!! 28 stycznia stanalem na szczycie Aconcagua. Nie bedzie dramaturgi, koloryzowania. Po prostu stalo sie nieuniknione:) Za duzo przygotowan, marzen, treningow zeby mialo sie nie udac. Pogoda byla piekna, niby zimno i wiatr ale widoki zapirajace dech w piersiach. To bylo zaledwie wczoraj, a ja juz jestem w Mendozie, po katujacym stopy powrocie ze szczytu. Ekspresowo,bo marzenie o Lomo, coca-coli i prysznicu bylo juz bardzo namacalne.
Dziekuje wszystkim za ogromne wsparcie, ktore odczuwalem na kazdym metrze podejscia. Bez Was pewnie by sie nie udalo:)
środa, 21 stycznia 2009
Prosto Base Campu:)
to jestem w Plaza Argentina. dzis jest moj rest day. czuje sie dobrze, doktor powiedzial ze mam niezle notowania. pobolewa mnie glowa, ale apetyt mi dopisuje. poznalem sie z dwojka baskow i idziemy tym samym planem wiec nie jestem zupenie sam. jeden z nich byl juz na makalu wiec doswiadczony jest:) jest tez japonczyk ktory idzie solo tak jak ja i grupy komercyjne amerykanow. pogoda niezla, rano zawsze slonce, potem sie psuje , w nocy padalo. jutro zanosze depozyt do obozu 1. wszystko na razie zgodnie z planem:) dojscie do base campu nie bylo straszne, plecak na cytadeli wazyl duzo wiecej:) slonce strasznie przygrzewalo. dziwicie sie ze mam tu neta pewnbie:) bagatela 10 dolarow za 15 min wiec zaraz koncze. nastepny kontakt pewnie z drugiej strony z plaza de mulas. trzymajcie ciagle kciuki bo teraz dopiero zaczyna sie walka. sciskam wszystkich mocno i pozdrawiam. mam nadzieje ze SPOT dziala, bo nie mam szansy sprawdzic. do zobaczenia!
p.s. na wyprawy.onet.pl jest tez moja wyprawa!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
